Ciekawe

2011: rok fałszerzy
niedziela, 18 grudnia 2011 11:27

Podróbki malarskich "bazgrołów" Jacksona Pollocka sprzedawano w USA nawet za 17 mln dolarów. W Niemczech zawrotne ceny zyskiwały podróbki ekspresjonistów. Dlaczego komentatorzy największych afer fałszerskich ostatnich lat po cichu przyklaskują przestępcom?

W Nowym Jorku afera wybuchła, gdy kilkanaście dni temu swe podwoje zamknęła renomowana galeria Knoedler. Nie wiadomo na razie, kto przez 17 lat fałszował dzieła największych powojennych amerykańskich malarzy, sprzedawane m.in. w tej właśnie galerii za ceny sięgające 17 mln dolarów za płótno. Sprawę bada FBI.

Tymczasem pod koniec października sąd w Kolonii skazał w sumie na 15 lat więzienia fałszerza Wolfganga Beltracchiego i trójkę jego wspólników. To największa tego typu afera w powojennej historii Niemiec. Szacuje się, że szajka mogła sfałszować nawet 200 dzieł ekspresjonistów i surrealistów.

Moje podróbki są lepsze od oryginałów

W zamian za pełne wyznanie złagodzono wyrok 60-letniego Beltracchiego i jego pomocników: żony, szwagierki i przyjaciela. W innym wypadku niczego nie dałoby im się udowodnić. Na sali sądowej oskarżony chwalił się, że już jako 14-latek w dwie godziny podrabiał Picassa. Syn niespełnionego kościelnego malarza sam próbował się wybić jako artysta. Niepowodzenia osładzała mu rozkosz wodzenia za nos artystycznego światka. Beltracchi stwierdził z dumą, że "uzupełniał" dorobek wybitnych twórców, a czasem wręcz ich przewyższał. Przerywany śmiechem na sali proces dotyczył tylko 14 sfałszowanych obrazów, na których oszuści zarobili w sumie 16 mln euro. To wierzchołek góry lodowej - niektóre sprawy się przedawniły, inne prawdopodobnie nie wyszły na światło dzienne. W centrum procesu znalazło się pięć podróbek surrealisty Maxa Ernsta, których autentyczność, za sporym wynagrodzeniem, potwierdził niegdyś związany z dziennikiem "Frankfurter Allgemeine Zeitung" historyk sztuki Werner Spies. Trzy inne prace fałszerze przypisali związanemu z grupą Der blaue Reiter holenderskiemu artyście Hendrickowi Campendonkowi. Jedną z nich, "Krajobraz z końmi", za 700 tys. euro kupił w paryskiej galerii słynny amerykański komik Steve Martin. Nie tylko on dał się nabrać, ale również eksperci domu aukcyjnego Christie's, którzy wkrótce odsprzedali należące do niego płótno.

Działania niemieckiej szajki nadają się na instruktaż do podręcznika dla aspirujących fałszerzy. Beltracchi brał na warsztat dzieła artystów drogich, ale nie na tyle, by nadmiernie skrupulatnie badano ich przeszłość. Następnie zaopatrywał się w płótna z lat 20., pokryte jak najcieńszą, łatwą do usunięcia warstwą farby. Sam mieszał pigmenty albo kupował antykwaryczne zestawy malarskie. Uważnie studiował biografię i dzieło twórców, pod których się podszywał. Znajdował w inwentarzach tytuły zaginionych w czasie wojny prac i tworzył je od zera. Pomagali mu wspólnicy. Jego żona Helene utrzymywała, że kolekcjonerem był jej dziadek, przedsiębiorca Werner Jäger. Miał zaopatrywać się u słynnego żydowskiego marszanda Alfreda Flechtheima, a w czasie drugiej wojny ukrywać zbiory przed nazistami. Innym klientem Flechtheima miał być mistrz stolarski Johann Wilhelm Knops, dziadek przyjaciela Beltracchich. W kolekcjach obu dziadków znajdowały się prace artystów tak znamienitych, jak: André Derain, Fernand Léger, Max Pechstein czy Kees van Dongen. Sfałszowane płótna państwo Beltracchi wyposażali nawet w firmowe nalepki Flechtheima. Jako dowód autentyczności podali też sfabrykowaną fotografię z lat 30., na której Helene pozowała jako swoja babcia z obrazami w tle. W rzeczywistości ani jeden, ani drugi dziadek nie posiadał dzieł sztuki. Dopiero analizy pigmentów wykazały w dziełach fałszerza ślady nowych farb.

Robin Hood na rynku sztuki

Można się oburzać, że fałszywka umknęła uwadze specjalistów. Ale Wolfganga Beltracchiego, który nosi długie, siwe loki i kiedyś mieszkał na barce, niemiecka prasa potraktowała wyrozumiale. Fałszerza, który posiada konto w Andorze, willę we Freiburgu i dom letniskowy na południu Francji, uznano za kogoś w rodzaju Robin Hooda. "Frankfurter Allgemeine Zeitung" stwierdził, że Beltracchi namalował lepszego Campendonka niż wszystkie oryginały, a podrabianie dzieł sztuki to chyba najdelikatniejsza metoda wyłudzenia 16 mln euro. W końcu Beltracchi nie nabierał emerytów, tylko snobistycznych krezusów. Jego sprawa udowodniła, że na rynku sztuki dużo ważniejsze niż estetyczne walory dzieła są artystyczne mody i magia nazwiska. Do błędu przyznał się niemiecki dom aukcyjny Lempertz, który sprzedawał podróbki, a klienci procesują się o odszkodowania u renomowanych marszandów, którzy dzieła Beltracchiego sprzedawali z potężnym zyskiem. Oczywiście, nawet eksperci mogą się mylić, ale teraz stało się jasne, że nie zawsze prowadzą dogłębne, a przede wszystkim uczciwe poszukiwania.

Beltracchi maluje już portrety swoich współwięźniów, tymczasem w USA szaleje podobna afera. Ostatniego dnia listopada niespodziewanie i bez wyjaśnienia została zamknięta nowojorska galeria Knoedler, której tradycja sięgała 1846 roku. Dwa dni później oskarżenie przeciwko galerii i jej byłej dyrektorce Ann Freedman wniósł Pierre Lagrange, biznesmen i kolekcjoner, który w 2007 roku za 17 mln dolarów kupił tam kompozycję Jacksona Pollocka "Bez tytułu. 1950". Kiedy próbował obraz odsprzedać, odrzuciły go domy aukcyjne Sotheby's i Christie's, a analiza pigmentów doprowadziła do wyroku: świeżo malowane. W ubiegłym roku proces o sprzedanie fałszywki wytoczono także pracującemu kiedyś dla galerii Knoedler marszandowi Julianowi Weissmanowi. W 2007 r. właściciel działającej w Irlandii galerii Marc Blondeau kupił od niego czarno-białą, abstrakcyjną kompozycję Roberta Motherwella, rzekomo namalowaną w 1953 r. Weissmana dodatkowo obciąża fakt, że podawał potencjalnym klientom różną proweniencję tego dzieła: raz miało pochodzić od arabskiej księżniczki, kiedy indziej zaś ze zbiorów anonimowego kolekcjonera. Nazwisko poszkodowanego Blondeau to ogniwo łączące aferę amerykańską i niemiecką sprawę Beltracchich. Marszand z potężnym zyskiem sprzedał bowiem liczne "Maxy Ernsty" i "Campendonki", które wyszły z warsztatu niemieckiego fałszerza.

Kolekcjonerze, nie ufaj nikomu!

Aktualnie FBI prowadzi dochodzenie w sprawie co najmniej 16 sfałszowanych obrazów amerykańskich mistrzów XX w. Wszystkie ślady prowadzą do Glafiry Rosales, mało znanej marszandki z Long Island. Pochodząca z Meksyku Rosales wspólnie ze swoim partnerem, hiszpańskim ekspertem i kolekcjonerem José Carlosem Bergantinosem, prowadziła kiedyś na Manhattanie galerię, która oferowała dzieła artystów tej miary co Picasso i Andy Warhol. Jednak od 1993 r. marszandka zaczęła wypuszczać na rynek dzieła mistrzów amerykańskiego abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Jak twierdziła, reprezentowała interesy anonimowego klienta. Zapewniała, że ten meksykański kolekcjoner kupował prace bezpośrednio od artystów i zostawił je w spadku swojemu synowi. To od Glafiry Rosales pochodziły sfałszowane płótna sprzedane przez Weissmana i Ann Freedman. Na dowód swojej niewinności była dyrektorka galerii Knoedler przypomina, że trzy z nich (dzieła Pollocka, Motherwella i Rothko) kupiła do swojej prywatnej kolekcji.

Sprawa, która rozgrywa się w samym sercu amerykańskiego rynku sztuki, jest wciąż pełna nierozwiązanych zagadek. Nie wiemy jeszcze, co wybitni marszandzi wiedzieli o proweniencji sfałszowanych obrazów. Dlaczego nie byli bardziej dociekliwi? Jaką rolę w tej sprawie odgrywał partner Rosales, już w latach 90. zamieszany w fałszerstwa sztuki? A przede wszystkim, kim jest zdolny fałszerz, który latami nabierał klientów i specjalistów? Sprawa będzie miała dalszy ciąg. Tymczasem ci, którzy planują wydać parę milionów na arcydzieło abstrakcyjnego ekspresjonizmu, wyciągną z niej jeden wniosek: nie należy ufać nikomu.

W książce "Gabinet kolekcjonera" francuski pisarz Georges Perec zabawiał się ideą kolekcji sztuki, a także otaczającą ją magiczną oprawą: nazwisk, tytułów, naukowych potwierdzeń autentyczności. Dopiero w ostatnim akapicie francuski pisarz wyjawił, że opisał fałszywki "w pogoni za szczególnym dreszczykiem, jaki daje stwarzanie pozorów". Być może trudno uwierzyć, że podobne historie zdarzają się naprawdę. Uzdolnieni i świetnie zorganizowani fałszerze potrafią wyprowadzić w pole nawet weteranów rynku sztuki i odchudzić sakiewki nieprzyzwoicie bogatych klientów. Natomiast komentatorzy nierzadko przyklaskują ich wyczynom: za sprawą oszustów wychodzą bowiem na jaw szaleństwa współczesnego rynku sztuki.

Źródło: Gazeta Wyborcza